Jesteś nowy na naszym forum?

Zapoznaj się z innymi i dowiedz gdzie i jak możesz zamieścić ogłoszenia.

Czytaj więcej

Nowy serwis z ogłoszeniami

Zapraszamy na nasz nowy serwis z ogłoszeniami. Znajdziecie tam sporo interesujących ogłoszeń. Czytaj więcej

Potrzebujesz pomocy?

Jeśli masz jakiś problem i potrzebujesz pomocy napisz a na pewno pomożemy.

Czytaj więcej

Nabór na Moderatora i Redaktora

Poszukujemy Moderatorów i Redaktorów na nasze forum. Chciałbyś dołączyć?

Czytaj więcej
Ocena wątku:
  • 0 głosów - średnia: 0
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
W psychiatryku jest jak w dziczy. Zeby przetrwac trzeba miec glowe na karku.
Post: #1
Foto
To pielęgniarki robią z nas wariatów", "Ja tu byłem, ja tu spałem, ja tu życie prze…bałem", "Wyjdziesz stąd z jeszcze większą depresją". – To napisy na ścianach Dziekanki – mówi Daria. - Wszyscy którzy byli w takim szpitalu dobrze wiedzą, że tam nie pomagają.

Daria ma 16 lat i właśnie próbowała się zabić. Dwa razy. Po drugiej próbie na sygnale odwiozą ją do szpitala psychiatrycznego w Gnieźnie, zwanego Dziekanką.


Na oddział 12. trafiają tam dzieci z chorobami i zaburzeniami psychicznymi, ale również te po próbach samobójczych, niepełnosprawne umysłowo i tzw. trudna młodzież, z którą nie radzą sobie nawet w ośrodkach wychowawczych.

16-letnia Daria dwa razy próbowała się zabić. Po drugiej próbie trafiła do szpitala psychiatrycznego w Gnieźnie, zwanego Dziekanką.
Zniszczona część
Rok wcześniej. 15. urodziny Darii. Gdyby ktoś jej powiedział, że kolejne ledwo przeżyje, nie uwierzyłaby.
Facebook pika od życzeń. "Kochanie, jesteś już #hot15!", "Życzę ci normalnych przyjaciół, cudownego bojfrenda i żebyś zawsze tak pięknie rysowała", "Śmiej się cześciej, wariatko", "Wszystkiego naj, głupolu!". Takie tam przekomarzanie się nastoletnich kumpeli.
Jest ich sporo, tych ze szkoły i tych z kółka plastycznego, na które Daria biega po lekcjach, ale i tak jej najlepszą przyjaciółką jest mama. Tylko jej zwierza się ze wszystkiego: z tego, że chciałaby nauczyć się jeździć na motocyklu i że Janek, ten z równoległej klasy, dziś się do niej uśmiechnął.
Może faktycznie czasem Daria wygląda na smutną, ale przecież nie ma powodów. No może ten jeden: ojciec znowu nie zadzwonił na urodziny. Nie zadzwonił, bo mama, jej ukochana, najlepsza mama, nie pozwala im się kontaktować. Daria pamięta go tylko z wczesnego dzieciństwa.
Wypytuje, ale nie dostaje odpowiedzi. Dlaczego się rozwiedli? Dlaczego nie może go zobaczyć? Nigdy się tego nie dowie. Męczy ją to tak bardzo, że rozmowy z mamą przeradzają się w kłótnie. Nie satysfakcjonują jej już argumenty, które przyjmowała jako dziecko.
W końcu matka ulega, zgadza się na spotkanie. Dzwoni do byłego męża, ale dowiaduje się, że jakiś czas temu zmarł na zawał. To pierwszy cios, który Darii wymierza życie, drugi będzie nokautujący.
- Dowiedziałam się, że już go nie poznam, dlatego tak trudno było mi się pozbierać – opowiada Daria. – Niedługo potem okazało się, że mama ma raka.
Na początku wierzą, że uda się pokonać chorobę, w końcu rak jest dziś uleczalny. Niestety nie ten wykryty za późno, w zaawansowanym stadium i z przerzutami.
- Mama chciała ze mną rozmawiać o tym co będzie, jeśli... Co zrobię, gdzie będę mieszkać, jak sobie poradzę… Ja nigdy jednak nie chciałam. Nie myślałam o śmierci, bo po co? Dlaczego miałam myśleć o czymś przykrym zamiast korzystać z tego, że jeszcze mam ją przy sobie? Tak wtedy myślałam…

ZOBACZ WIĘCEJ

Daria reaguje wyparciem. Nie chce rozmawiać o tym, co nastąpi. Nie chce patrzeć na swoją mamę bez włosów. Prosi ją, żeby chodziła przy niej w peruce albo nakryciach głowy. Gdy zauważy kawałek łysiny, zamyka się w pokoju i płacze. Może, jak będzie udawać, że choroba nie istnieje, to naprawdę zniknie.
Mama odchodzi któregoś ranka: - Kiedy umarła, czułam jak część mnie właśnie została zniszczona. Jakby ktoś zbombardował połowę miasta. To był szok. Nie byłam na to przygotowana. Przez kilka dni z nikim nie rozmawiałam, przez trzy tygodnie nie chodziłam do szkoły. Zamieszkałam u brata. Ciągle chodziłam ze spuchniętymi powiekami. Płakałam w dzień i w nocy, śniła mi się.
Te sny nie są złe, ale Daria i tak trochę się boi. Raz, kiedy mama jeszcze żyła, Daria zażartowała, że może ją po śmierci nawiedzić. Zrobi jej herbatkę i pogadają. Którejś nocy w domu słychać kroki, czuć czyjąś obecność: - Bałam się, że naprawdę przyszła do mnie na tę herbatę.
Daria mieszka u rodziny, ale jest z nią coraz gorzej. Ból po stracie najbliższej osoby jest niewyobrażalny, w dodatku pojawiają się dziwne myśli. Jeśli nie ma mamy, to dlaczego ona ma żyć? Jej głowa zaczyna szaleć.
Daria: - Krzyki, piski, autodestrukcja, drapanie, bicie paskiem, cięcie, wszystko byle się ukarać najboleśniej.
Ukarać, bo czuje się winna, choć sama nie wie, dlaczego. Najgorzej jest w urodziny. Głodzi się od dwóch dni. Śpi na ziemi, nie ma siły wstać, ani nawet płakać. Leży ciągle w tej samej pozycji, rozmawia ze sobą w myślach, marzy o tym, żeby zasnąć i się nie obudzić. W końcu postanawia zamienić to marzenie w czyn.
- Przyszedł taki dzień, kiedy przesadziłam. Nie przypadkiem, specjalnie. Wzięłam silne tabletki nasenne, zostały jeszcze po mamie.
Karetka, toksykologia, płukanie żołądka: - Dwa dni czułam się jak w śpiączce, a tak naprawdę robiłam im niezłe jazdy. Wyrwałam sobie wenflon, pocięłam się plastikowym nożem do krwi i dwa razy wyrwałam się z pasów, którymi musieli mnie przypinać do łóżka.
Niektórych niedoszłych samobójców pobyt na toksykologii stawia do pionu. Po takim doświadczeniu w jakimś sensie trzeźwieją, przestają myśleć o odebraniu sobie życia. Ale nie Daria - ona żałuje, że ją odratowali. Po powrocie do domu odmierza 182 tabletek: uspokajających i przeciwbólowych. Potem tnie jeszcze rękę, równo, po żyłach.
- Znowu płukanie żołądka, znowu toksykologia i jeszcze szycie. Ale tym razem już mnie nie puścili do domu.
Jadąc na sygnale do szpitala psychiatrycznego, czuje się jak zabójca.
Za karę
- Raz! Raz! Raz! Wstajemy, dziewczyny! – pielęgniarz wchodzi do pokoju i wszystkim zrzuca kołdry. Pierwsza pobudka Darii w szpitalu wyglądała jak w wojsku.
Zszyty nadgarstek boli ją i swędzi. Prosi pielęgniarza o zdjęcie szwu, na wypisie z toksykologii jest napisane, by zrobić to po trzech dniach. Pielęgniarz stwierdza jednak, że to za wcześnie. Ma przyjść we wtorek. We wtorek okazuje się, że bez zgody lekarza prowadzącego nic nie można zrobić, a lekarz będzie dopiero w czwartek. Do tego czasu wdaje się zakażenie, ale przynajmniej wreszcie ściągają szew.
Dzieci na oddziale rzucają przedmiotami, krzyczą, zaczepiają. Jedna dziewczynka wszystkich bije po pupie. Niektórzy pacjenci, zwłasza ci młodsi, śmieją się z niedoszłych samobójczyń. Darii to nie dziwi, trudno im zrozumieć, że ktoś chce odebrać sobie życie.
Jedną z dziewczyn, która rozumie, jest Ola - w Dziekance od miesiąca. Luźne spodnie, bluza z kapturem narzuconym na nieuczesane włosy, harda postawa. Sama przyznaje, że ma trudny chrakter i problemy z agresją. Na oddział trafiła po tym, jak pocięła się żyletkami. - Problemy w domu i nie tylko – wyjaśnia lakonicznie.
- Wiem, że inni mają gorzej, ale jeśli matka, zamiast być przy dziecku, być z niego dumną, woli krzyczeć, nie doceniać tego, jak się stara... – wymienia Ola, gdy dopytuję o te problemy. - Zero wsparcia i miłości. Od dzieciństwa tylko krzyki, awantury, bicie.
W szpitalu wcale nie jest lepiej. Ola opisuje przeszukiwanie przez pielęgniarzy. Zdarza się, że dzieciaki przemycają papierosy i trawkę, ale też żyletki, długopisy... cokolwiek, czym można się pociąć. Żeby sprawdzić, czy pacjenci nie mają przy sobie zakazanych przedmiotów, pielęgniarze każą im rozebrać się do naga. U Oli wywołuje to traumatyczne wspomnienia - jako dziecko była molestowana przez ojca. To z tego powodu cztery razy próbowała się zabić.
"Kiedyś bałam się ciemności, myśląc, że mieszkają w niej potwory. Potem zrozumiałam, że najgorsze potwory mieszkają w ludziach" – pisze w chwili słabości, ale taka chwila zdarza jej się rzadko. Nie chce litości.
- Oni tam psują człowieka i jego psychikę – mówi Ola. – Nie pomogą, bo nie rozumieją, jak my się czujemy i co przeszliśmy. Myślą, że z dnia na dzień będziemy żyć pełnią życia, a jak nie, to nafaszerują nas prochami. W psychiatryku jest jak w dziczy, żeby przetrwać, trzeba mieć głowę na karku.
Jak w dziczy jest wtedy, gdy pacjenci wdają się w bójki. Albo jak nastolatki uprawiają seks w łazience. Albo jakiś chłopak gwałci dziewczynę z pokoju obok. Albo inny wiesza się na ramie łóżka, podcina żyły końcówką długopisu czy nawet temperówką. Ale pacjenci to według moich rozmówczyń niejedyne zagrożenie.
- Jak ktoś chce się pociąć, to zapinają go w pasy albo dają tabletki nasenne – mówi Ola. – Tak samo robią z osobami agresywnymi lub po prostu niepełnosprawnymi. Kiedy robią coś, co nie podoba się pielęgniarzom, to zapinają w pasy i zakładają pampersa. Czasem zamykają pacjentów w sali, nie możesz wyjść. Jak wyjdziesz, to dostaniesz szprycę, taki zastrzyk, po którym śpisz godzinami.
Daria mówi, że najbardziej było jej żal dzieci niepełnosprawnych umysłowo: - Były szarpane i bite, jeśli np. rzucały przedmiotami, krzyczał czy coś psuły. Widziałam to. Oczywiście bite nie tak, żeby został ślad, tylko żeby poczuły, że zrobiły źle. Okropieństwo. Pamiętam też sytuację ze stołówki. Zawsze był tam dyżurny, który mył stoły brudną szmatą po posiłku. Jeden pielęgniarz wziął kiedyś tę szmatę i zaczął wycierać nią buzię dwójce niepełnosprawnych dzieci... Jeden chłopiec rzucił krzesłem i od razu zapięli go w pasy na cały dzień.
Ola dodaje, że niepełnospranym dzieciom dostaje się za to, że są chore i zdarza im się robić coś, czego nie kontrolują: - Żyją we własnym świecie i nie rozumieją, co się dzieje w tym rzeczywistym. Była taka dziewczyna, miała ciężką chorobę psychiczną, głównie siedziała zamknięta w izolatce. Jak się przechodziło, to było widać, że wgapia się w ścianę albo patrzy przez szybkę. Kiedyś, podczas zmiany pieluchy, odgryzła pielęgniarzowi paznokieć. Tak się wkurzył, że zapiął ją w pasy na tydzień. Moim zdaniem w takim miejscu powinny być kamery albo osoba, która stale kontroluje, żeby nie zdarzały się takie rzeczy. Oni tam biją, szarpią, targają po podłodze. Po prostu przemoc.

Niepełnosprawne umysłowo dzieci rzadko się skarżą. Zresztą niektóre nie mają nawet okazji. Jeden z pacjentów, chłopiec, jest na oddziale od czterech lat z przerwami. Mama dzwoni do niego rzadko, jeszcze rzadziej odwiedza, nie przywozi jedzenia, jak inni rodzice. Chłopczyk chodzi po oddziale, zaczepia inne dzieci i pyta, czy poczęstują go jakimś smakołykiem.
- Z koleżankami, jak wyjeżdżałyśmy, zostawiłyśmy mu dużo słodyczy – mówi Daria.
W opowieściach obu dziewcząt przewijają się te same imiona pielęgniarzy. - Są też miłe, pomocne osoby, ale to wyjątki.
Pytam, czy pacjenci zgłaszali incydenty przemocy. Daria i Ola twierdzą, że tak, ale rozmowy nic nie dawały.
- Ja bałam się rozmawiać ordynatorką. To ona decydowała o wszystkich wypisach. Bałam się, że jak powiem coś nie tak, to mnie szybko nie wypuści – wspomina Daria. Dodaje, że karą za niesubordynację pacjenta bywa przedłużenie pobytu.
Ola stwierdza, że "tam" ciężko wytrzymać dwa tygodnie, a co dopiero dwa miesiące czy cztery, jak niektórzy. Robi się i mówi wszystko, żeby wyjść.
- To jak więzienie: kraty, przepustki, krzyki, poniżanie i psiowate jedzenie – stwierdza dziewczyna. – Po dwóch tygodniach możesz iść do szkoły, ale to nie to samo, co normalna szkoła. A jeśli chcesz wyjść na dwór albo z rodziną, to musisz być grzeczny i niczego nie odwalać.
Namiastka
W czwartki jest zebranie. Ordynatorka, lekarze, pielęgniarze, psycholodzy i pacjenci spotykają się i rozmawiają o tym, jak minął tydzień. Dziewczyny, mimo że trafiły tu z powodu prób samobójczych, nie chodzą na psychoterapię.
Z lekarzem spotykają się raz w tygodniu. To także czas na raport, czyli zdanie relacji z tego, co się wydarzyło w ciągu ostatnich kilku dni, czy pojawiły się jakieś problemy, sytuacje wymagające rozwiązania. Młodsze dzieci zawsze mają jakieś "ale", starsze rzadko. Twierdzą, że jest okej. Chcą tylko opuścić szpital.
Daria mówi, że na oddziale są dzieci i nastolatki, które trafiły tu "za to, że chciały się zabić, za agresję, za ćpanie". Z ust Oli pada podobna kwestia: zamknęli ją w szpitalu "za próbę samobójczą, za marihuanę i agresję". "Za" – tak jakby pobyt w szpitalu był dla nich karą, a nie formą pomocy. I rzeczywiście młodzi pacjenci tak to traktują.
Plan działania nasuwa się więc sam. - Wypuścili mnie po dwóch tygodniach, bo dzień w dzień wmawiałam im, że życie jest piękne – opowiada Daria. - Lanie wody o tym, jak to czuję się lepiej. Mówiłam, że znalazłam sens życia, że rozumiem, że źle robilam. Wszyscy tak mówili, więc ja też zaczęłam. I zadziałało.
Po wyjściu jest lepiej, ale tylko dlatego, że wreszcie czuje się wolna. Ze swoją psychiką, mimo wsparcia najbliższych, nie radzi sobie do dziś:
- Wszystkie wspomnienia są pochowane z tyłu głowy, ale czasem się budzą i znów zaczyna się fala autodestrukcji. Moje ręce już nigdy nie będę wyglądały normalnie.
Oli dopiero po sześciu tygodniach udaje się przekonać lekarzy, że czuje się dobrze i może wracać do domu.
- Szczerze? – pyta. – Miałam po wyjściu momenty załamania i było kilkanaście kresek. Nauczyciele, znajomi, którzy wiedzą, że mam pocięte ciało, patrzą na mnie jak na psychopatkę, to samo rodzina. To uciążliwe, a wspomnienia tak czy siak wracają. Szkolni psychologowie nie potrafią nam pomóc.
Daria jest pod stałą opieką psychiatry, wróciła do szkoły, stara się normalnie żyć. Jest jedna rzecz, która trzyma ją w pionie. To jej pasja –motocykle. Robi właśnie prawo jazdy, odkłada każdy grosz, żeby kupić sobie własny pojazd – to jej marzenie, dzięki któremu jutro wydaje się trochę jaśniejsze.
Mówię jej coś, co pewnie słyszała już setki razy – że jest bardzo dzielna. Odpowiada, że wcale się za taką nie uważa.
- Gdyby nie moja słabość, nie straciłabym miesiąca na pobyty w szpitalach.
Po dłuższym namyśle Daria stwierdza, że może szpital trochę jednak "pomagał" pacjentom: - Wszyscy mówili przy wyjściu, że już nigdy nie zrobią czegoś głupiego, żeby znowu tu nie trafić.
Słowo przeciwko słowu
W lipcu 2017 r. - już po wyjściu Darii i Oli ze szpitala - na stanowisku ordynatora oddziału dziecięco-młodzieżowego w Dziekance nastąpiła zmiana, zmienił się również dyrektor całej placówki. Nowa ordynatorka, dr Katarzyna Olszewska nie chce komentować sytuacji, które miały miejsce, zanim zaczęła tu pracę.
Po szczegóły dotyczące zasad panujących na oddziale 12. odsyła do dyrektora placówki ds. lecznictwa, dr. Artura de Rosier, który z kolei prosi mnie o oficjalne pismo. Nieoficjalnie, od jednego z pracowników słyszę: "Zdarzają się tu różne rzeczy, nie oszukujmy się".
Udaje mi się skontaktować z pielęgniarzem, którego Daria zapamiętała jako jednego z agresywnych. Gdy proszę go o rozmowę i odniesienie się do słów dziewczynki, irytuje się. - Musiałaby pani zapytać tę pacjentkę o powód hospitalizacji – ucina dyskusję.
Po dwóch dniach otrzymuję oficjalną odpowiedź od dyrektora placówki Marka Czaplickiego. Czytam w niej m.in.: "Specyfika schorzeń, jakie leczymy, powoduje, że zachowania pacjentów bywają różnorodne, w tym agresywne, roszczeniowe, oportunistyczne. Personel oddziału psychiatrii dzieci i młodzieży jest personelem fachowym, potrafiącym sobie radzić w różnych sytuacjach pracy terapeutycznej. Tym samym absolutnie zaprzeczam, by w oddziale mogły mieć miejsce zachowania personelu, jakie opisuje pani w piśmie (...)".
Dyrektor przekonuje również, że opieranie się na subiektywnym odbiorze tylko jednej osoby (pismo wysłałam do szpitala po rozmowie z Darią, przed rozmową z Olą) jest krzywdzące i nieuzasadnione.
Podałam dyrekcji szpitala imiona pielęgniarzy, których obie dziewczynki zapamiętały jako najbardziej agresywnych. Nie uzyskałam jednak odpowiedzi na pytanie, czy zostaną podjęte jakiekolwiek kroki, by skontrolować zachowanie pracowników.
Kontrolę w Dziekance przeprowadziło za to biuro Rzecznika Praw Pacjenta. Jak się dowiedziałam, od początku roku ze strony pacjentów wpłynęły cztery skargi dotyczące funkcjonowania Dziekanki, żadna nie dotyczyła jednak oddziału dzięcięco-młodzieżowego.
Urzędujący na miejscu Rzecznik Praw Pacjenta Szpitala Psychiatrycznego przekonuje, że rozmawiał z obecną i byłą ordynatorką oddziału, a także z pacjentami, którzy w tej chwili w nim przebywają. Ani oni, ani ich opiekunowie nie zgłosili żadnych nieprawidłowości dotyczących nieetycznego zachowania personelu.
"Wręcz przeciwnie, pacjenci ocenili relacje z tymi osobami jako pozytywne, a w przypadku jednego z pielęgniarzy dodatkowo wskazali na jego opiekuńczość i troskę" – czytam w liście od Rzecznika Praw Pacjenta Bartłomieja Chmielowca.
- Oczywiście będę na bieżąco monitorował tę sprawę, ponieważ bicie, szarpanie czy też karanie pacjentów w szpitalach jest niedopuszczalne – dodaje Bartłomiej Chmielowiec.
Dwa światy
O szpitalu, w którym przebywały Daria i Ola, bywało już głośno. Po raz pierwszy w 2009 r., gdy jedna z pacjentek podczas spaceru oddaliła się od opiekunki i rzuciła pod pociąg. Rodzina oskarżyła placówkę o zaniedbanie, śledztwo jednak umorzono.
Pełnomocnik szpitala, radca Leszek Sobieski w wypowiedzi dla "Głosu Wielkopolski" argumentował, że taki wypadek mógł zdarzyć się wszędzie i trudno z tym dyskutować. Mimo to, po kilku latach dzieciom i mężowi kobiety udało się uzyskać odszkodowanie.
We wrześniu 2012 r. pracownicy biura Rzecznika Praw Pacjenta przeprowadzili w Dziekance kontrolę, która wykazała, że pacjenci szpitala byli angażowani do sprzątania, dopatrzono się także nieprawidłowości we wprowadzaniu przymusu bezpośredniego, przywiązywania do łóżek czy izolacji. Ówczesna dyrektorka Dziekanki Barbara Trafarska odpierała zarzuty, tłumacząc, że kontrola nie była rzetelna. Stanowczo zaprzeczyła również informacjom o złym traktowaniu podopiecznych przez personel.
Kontrola miała miejsce po interwencji wolontariuszek, które zgłosiły, że jedna z pacjentek, właśnie z oddziału 12., była przywiązana pasami do łóżka. Dyrektor Trafarska przekonywała, że pacjentka ta sprawiała poważne problemy, między innymi rozbiła pielęgniarce głowę krzesłem.
Miesiąc po ujawnieniu tych informacji, do "Gazety Wyborczej" napisał były pacjent Dziekanki, który trafił tam po nieudanej próbie samobójczej. Opisywał głodowe porcje żywieniowe, brak intymności podczas obchodów i sytuacje, w których lekarze śmiali się z wizji schizofrenika.
"Z tamtego okresu pamiętam też strach. Czego się baliśmy? Ja najbardziej bałem się otępiających leków. Na dzień dobry dostałem taką dawkę, że ślina ciekła mi z ust, a ja nie wiedziałem, jak się nazywam. Inni bali się przywiązywania do łóżek. Ci, co byli ze mną w pokoju, opowiadali, że jak już kogoś przywiążą, to przynajmniej na dzień, dwa. Ale tego nie widziałem. Pielęgniarki rzeczywiście straszyły pasami, i to straszyły skutecznie. Był facet, który w kółko do nich chodził i mówił, że chce wyjść do domu. Jak postraszyły go pasami, to przestał. Niektóre pielęgniarki strasznie się też na nas wydzierały: że za wolno jemy leki, że za głośno rozmawiamy przy obiedzie, że jeszcze się nie umyliśmy, że śmierdzimy. Niektórzy rzeczywiście się nie myli, ale i tak nie uważam, że wyzywanie od śmierdzieli było uzasadnione” – czytamy w tym liście.
Na forach internetowych i w serwisach poświęconych usługom medycznym, Dziekanka - jak wiele innych tego typu placówek - ma skrajne opinie. Obok negatywnych ocen, w których pojawiają się oskarżenia o złe traktowanie pacjentów, nie brakuje podziękowań, wypowiedzi o wspaniałych warunkach i pochwał dla personelu, w których pacjenci piszą, że szpital podarował im drugie życie oraz pozwolił stanąć na nogi. Te ostatnie dotyczą najczęściej oddziałów dla dorosłych.
Katarzyna Szczerbowska, dziennikarka i wolontariuszka walczącej ze stygmatyzacją osób po kryzysie psychicznym, fundacji eFkropka podkreśla, że oddziałów dla dorosłych nie można porównywać z dziecięcymi. Jak twierdzi, to dwa różne światy. Katarzyna kilka lat temu opisała własną walkę z chorobą, dziś pomaga innym.
Wyjaśnia, że problem dziecięcej opieki psychiatrycznej jest poważny i ma dużo szerszy kontekst: - Mamy 200 psychiatrów dziecięcych w Polsce, a potrzebujemy ich minimum 1500. Zdarza się, że w ośrodkach dla dzieci nie ma ani jednego specjalisty i pracują tam psychiatrzy dla dorosłych. Polska jest na drugim miejscu pod względem samobójstw osób nieletnich. Dzieci nie powinny być leczone w izolacji od bliskich.
Zdaniem Katarzyny Szczerbowskiej rozwiązaniem byłoby rozwinięcie leczenia w modelu środowiskowym, tak by dzieci otrzymywały pomoc, ale nie były oddzielane od najbliższych: - Leczenie środowiskowe polega na dostosowaniu pomocy do danego przypadku bez konieczności izolowania osoby w szpitalu. To mogą być odwiedziny psychiatry i terapeuty u dziecka w domu, psychoterapia grupowa dla rodziny, zajęcia psychoterapeutyczne i warsztaty dla dziecka przez kilka godzin dziennie, tak by po południu mogło wrócić do domu.
Jak przypomina Szczerbowska, rozwinięcie leczenia środowiskowego i ograniczenie samobójstw było jednym z celów Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego. Politycy program przyjęli, ale nie został on zrealizowany. Już w 2012 r. Najwyższa Izba Kontroli alarmowała, że program jest zagrożony, a na początku 2017 r. stwierdziła, że zakończył się on fiaskiem.
Głównymi przyczynami porażki było niezaplanowanie środków finansowych przez realizatorów poszczególnych zadań, nieskuteczna koordynacja programu oraz ogólnikowość części celów i zadań.
- Środowisko ludzi z doświadczeniem kryzysu psychicznego, bliscy chorych i lekarze zabiegają o to, żeby zaczęto tworzyć ośrodki zdrowia psychicznego – dodaje Katarzyna Szczerbowska. – Tak, by pomoc psychologiczna i psychiatryczna były bardziej dostępne i by chorzy, o ile to możliwe, byli objęci leczeniem środowiskowym.
Zapomniane dzieci
Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak już w 2014 r. alarmował, że dostępność psychiatrów dziecięcych jest za mała, finansowanie niedostateczne, a nadzór daleki od ideału. Informował, że na oddziałach psychiatrycznych są dzieci, które niekoniecznie powinny tam trafić. Chodziło o tzw. dzieci niegrzeczne, sprawiające problemy wychowawcze, ale niekoniecznie kwalifikujące się do leczenia szpitalnego.
- Nie może być tak, że dzieci nie czują się bezpiecznie, że mają dodatkowe lęki wywołane pobytem w szpitalu – mówił Marek Michalak w rozmowie z agencją PAP. - Jeśli przebywają tam miesiącami, a czasem latami i skarżą się np. na braki w wyżywieniu czy opiece, to nie jest dobrze. Przy okresie kilkudniowym można pewne braki przeżyć bez większego uszczerbku na zdrowiu, choć i takie sytuacje nie powinny mieć miejsca. Ale tam, gdzie spędza się dłuższy czas, wszystkie potrzeby powinny być zaspokojone, a jeśli odpowiedzialność za to bierze państwo, to opieka musi być na najwyższym poziomie.
W tym samym czasie Rzecznik Praw Dziecka złożył wniosek o objęcie dziecięcych oddziałów psychiatrycznych kompleksową kontrolą, a wsparcie obiecał mu ówczesny minister zdrowia Bartosz Arłukowicz.
Minęły trzy lata, jednak sytuacja nie uległa zmianie.
Systematycznie, z roku na rok, wzrasta liczba młodych osób podejmujących próby samobójcze. Ze statystyk policji wynika, że w 2012 r. życie odebrało sobie 300 osób przed ukończeniem 18. roku życia, a w ub.r. było ich już 700. Liczbę nieudanych prób samobójczych wśród małoletnich szacuje się na pięć tysięcy rocznie.
PS. Imiona bohaterek Darii i Oli zostały zmienione.

https://kobieta.onet.pl/zdrowie/psychologia/zdrowie-psychiczne/w-psychiatryku-jest-jak-w-dziczy-zeby-przetrwac-trzeba-miec-glowe-na-karku/yvxzetv
Tyle jesteś wart, ile możesz dać !
[-] 1 użytkownik lubi ten post:
  • Miecznik
25-11-2017, 11:46
Cytuj

Post: #2
No i co?... Może dołożysz coś od siebie Ychna?
25-11-2017, 11:58
Cytuj

Post: #3
Jak dla mnie temat rzeka,ale bezpieczeństwa tam nie uświadczysz.
[-] 1 użytkownik lubi ten post:
  • Miecznik
25-11-2017, 12:01
Cytuj

Post: #4
A czy ktoś wyobrażał sobie inaczej? Tongue
25-11-2017, 12:06
Cytuj

Post: #5
(25-11-2017, 11:58)Miecznik napisał(a): No i co?... Może dołożysz coś od siebie Ychna?

Dla mnie osobiscie temat jest nieznany, jednak na tyle wazny i poruszajacy, ze postanowilam go zamiescic, ciekawej lektury zycze. A co Ty dolozysz?
Tyle jesteś wart, ile możesz dać !
[-] 1 użytkownik lubi ten post:
  • Miecznik
25-11-2017, 12:07
Cytuj

Post: #6
(25-11-2017, 12:06)Miecznik napisał(a): A czy ktoś wyobrażał sobie inaczej? Tongue

Szczerze?
Tak .
Jeśli komuś przytrafi się taka tragedia,że jego dziecko wyląduje już na takim oddziale,oczekuje ,że jego pociecha będzie traktowana jak człowiek ,a nie ktoś gorszego sortu.
[-] 1 użytkownik lubi ten post:
  • Miecznik
25-11-2017, 13:58
Cytuj

Post: #7
Ja dołożę od siebie trochę sceptycyzmu. Tongue
Nie liczę, że w "psychiatrykach" będzie lepiej i to jeszcze długi czas. "Psychiatryki" - jak to brzydko nazywamy - to szpitale dla osób psychicznie chorych.
Te szpitale są zwykle niedoinwestowane, z kiepskim personelem, bez rzetelnej kontroli z zewnątrz.
Personel który tam pracuje to nie personel najwyższych lotów, bo kto chce tam pracować?
Ten personel popada w rutynę, często czuje się zagrożony ze strony pacjentów, jest zmęczony pracą, moze nawet jej nie lubi i reaguje jak reaguje. Lekarze także budzą moje głębokie wątpliwości.
Pacjentowi trudno się skarżyć, bo to on jest "wariat", a personel zdrowy. Oddział jest zamknięty. Lekarze mogą dość dowolnie i swobodnie robić na pacjentach doświadczenia.
Moim zdaniem pomyłką jest łączenie w jednym szpitalu alkoholików, samobójców (z najróżniejszych powodów) z ludźmi chorymi, którzy cierpią na konkretne choroby psychiczne. Ale to moje zdanie. Ogólnie biorąc uważam, że nasz mózg nie jest na tyle dobrze zbadany, żeby stawiać jasne diagnozy, Mieszanie ze sobą wszystkich ludzi stwarzających problemy - to nieporozumienie. Psychiatria jest niedoinwestowana i jest jak jest, nie mamy co liczyć, że szybko będzie lepiej.
Jeśli tam trafimy, to mamy pecha, nie zależymy już od siebie. Sad
25-11-2017, 14:31
Cytuj

Post: #8
Nie zgadzam sie z tym ,ze w takim szpitalu pracuja niefachowcy no bo ktoz by tam chcial pracowac? Nieprawda,sa fachowcy i ludzie z sercem bo jak z artykulu wynika byli tam i tacy ludzie. sadze ,ze zalezy to od prowadzacych i kierownictwa. Jesli im zalezy na losie pacjenta to beda dobierac fachowa kadre a tych "zmeczonych "praca zwalniac.
Natomiast zgadzam sie,ze w takich placowkach nie powinni byc wszyscy chorzy poczawszy od alkocholikow po dzieci niepelnosprawne umyslowo.
Nie wiem czy psychiatria jest niedofinansowana a jesli nawet tak ,to nie znaczy ,ze wolno tam bic i ponizac chorych. Dlatego jest ten artykul. Sa tacy,ktorych to poruszy i byc moze cos dobrego zrobia. Mysle,ze brak jakiejkolwiek reakcji jest przyzwoleniem na wyrzadzane krzywdy i zepchniecie ludzi chorych na margines reszty spoleczenstwa.
"Kiedy patrzę w oczy zwierzęcia,nie widzę w nich zwierzęcia.Widzę istotę żywą.Widzę przyjaciela.Czuję duszę."   A.D.Williams
[-] 2 użytkowników lubi ten post:
  • Anita, Miecznik
25-11-2017, 16:22
Cytuj

Post: #9
Może i tak, jeśliby pod tymi szpitalami psychiatrycznymi stały kolejki chętnego personelu do  pracy, a szefostwo miało wystarczająco pieniędzy na dobre wypłaty. No ale można liczyć na tych którzy dla pasji a nie dla pieniędzy. Chroń mnie jednak Panie przed lekarzem, który w "psychiatryku" ma pasję i chce jeszcze coś nowego opracować, wymyślić, porobić eksperymenty dla dobra ludzkości i własnego doktoratu, lub profesorskiego stopnia. Tym bardziej pielęgniarz z powołania w szpitalu psychiatrycznym...  Smile
25-11-2017, 16:41
Cytuj

Post: #10
Z tymi psychiatrykami jest różnie, dlatego może lepiej po prostu w miarę możliwości tam nie trafiać. Jeśli tylko widzimy u siebie jakieś problemy, to może warto skontaktować się online z kliniką https://psychomedic.online/ i umówić się na wideokonsultację.
22-06-2018, 08:24
Cytuj



Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości